
Własny pokój
Woolf, Virginia
Niezdrowy świt wstaje nad ziemią usmarowaną węglem. Wszyscy upojeni są nowym bogactwem, pieniędzmi, które wydają się na wyciągnięcie ręki. To zbiorowy taniec – trans pełen bezwstydu, alkoholu i bezwzględności wobec słabszych. Państwowe gospodarstwa rolne, niczym terytoria Komanczów, to krainy złudnej ciszy, która zwiastuje nieszczęście. Przemoc jest wszędzie: na bankietach, bazarach, w wojsku. Język nie służy do komunikacji, lecz do obalenia rywali. Mafia bierze, co chce. Policja śpi na przedmieściach, siejąc strach. Każdy chce się wyrwać, zdobyć uznanie, uciec do świata pasteli, który kusi obietnicą poprawy. Garnitury robią kariery. Chcą być wśród zwycięzców, mknąc swoimi BMW po dziurawych drogach. Byle tylko zapomnieć o epoce komunizmu jak o złym śnie. Tyle że z czasem okazuje się, że sukces jest dla nielicznych; większość zostaje z niczym. Spójrzmy na lata 90. bez wrogości, ale też bez taniego, otępiającego sentymentu. Spójrzmy na to wielkie, barwne oszustwo. I bądźmy szczerzy, my, którzy wierzyliśmy w turbokapitalistyczną Polskę: zostaliśmy oszukani.